Regaty Samotników 2026 – relacja z „Sagi”

Skipper i autor relacji: Sławek Dąbrowski

Wynik: Line Honor (1. miejsce na mecie w czasie rzeczywistym) | 4. miejsce w klasyfikacji ORC (po przeliczeniu)

XXXVI Regaty Samotników – Memoriał Leonida Teligi przechodzą do historii jako jedno z najbardziej wymagających i zmiennych starć na Zatoce w tym sezonie. To nie był zwykły wyścig po puchar — to była czysta, męcząca i bezpardonowa walka z żywiołem, ze skrajnym zmęczeniem oraz własnymi słabościami na samotnym pokładzie.

Harmonogram regat został zmodyfikowany ze względu na odbywające się równolegle Gdynia Sailing Days — sygnał startu padł już o godzinie 09:30. Na otwarciu wyścigu morze powitało nas zdradliwym spokojem. Wiatr ledwie muskający taflę wody z siłą 2–3 węzłów sprawił, że pierwsze 7 mil morskich przypominało szachy w zwolnionym tempie. Cisza przed burzą – dosłownie.

Dla mojej ponad 8-tonowej Sagi takie warunki to prawdziwy sprawdzian cierpliwości. Podczas gdy małe, lekkie jachty regatowe błyskawicznie złapały delikatne podmuchy i zaczęły odjeżdżać, Saga dość ospale nabierała prędkości. Jedynym sprzymierzeńcem na tym etapie był brak fali. Po przebyciu kilkunastu metrów podjąłem kluczową decyzję taktyczną: zrobiłem zwrot w kierunku zachodnim, spodziewając się tam szybszego nadejścia wiatru. Kosztowało mnie to kolejne cenne minuty straty, zwłaszcza że większość floty popłynęła na wschód – pewnie z myślą: „przecież tam musi być jakaś cywilizacja ;-)”.

Ryzyko jednak się opłaciło. Zachodni kierunek dał wreszcie oczekiwany powiew. Po kilku milach mozolnej odrabianki dogoniłem Pallasa, a wiatr w stronę Helu powoli zaczął tężeć.

Do boi Hel trasa wymagała czujności i gęstego manewrowania — trzeba było wykonywać fordewindowe zwroty przez rufę, by utrzymać odpowiedni kąt. Moja konsekwentna pogoń przyniosła efekty: na pierwszym znaku nawrotowym „Hel” zameldowałem się już na 5. pozycji! Przede mną żeglowała jedynie czwórka: Lara Jane, Cloud Nine, Dzikus oraz Polled 2.

Po minięciu boi Hel sytuacja wiatrowa uległa diametralnej zmianie. Do akcji wszedł gennaker, który wreszcie złapał właściwy, mocny wiatr baksztagowy. Przed nami otwierał się długi, 18-milowy odcinek wprost do boi bezpiecznej wody „NS”.

Wiatr stopniowo rósł w siłę — od 8 do 15 węzłów. Baksztag w tych warunkach okazał się idealnym kursem dla ciężkiej Sagi. Jacht rozwinął skrzydła i po kolei zaczął połykać rywali: najpierw wyprzedziłem Polleda 2, później Dzikusa, aż wreszcie zyskałem przewagę nad Cloud Nine. Gdy dopływałem do znaku „NS”, miałem już solidną, około milową przewagę nad drugim w stawce Dzikusem.

Cisza przed burzą definitywnie dobiegła końca. Wiatr zbliżał się do 18–20 węzłów, wymuszając szybką decyzję o założeniu pierwszego refa. Tuż po minięciu boi „NS” i wyostrzeniu kursu na metę, warunki na Zatoce Gdańskiej zmieniły się drastycznie.

Wiatr skoczył powyżej 20 węzłów, niebo zaciągnęło się chmurami i lunął nieustanny deszcz. Konieczne było natychmiastowe założenie drugiego refa. Zaczęła się mordercza, 17-milowa halsówka w wyjątkowo nieprzyjemnej, stromej fali zatokowej. Saga nie płynęła – tłukła w falę. Typowa jazda po wysokich krawężnikach. Autopilot okazał się bezużyteczny i poszedł w odstawkę. Pozostała jazda wyłącznie z ręki.

Refowanie za refowaniem, ręce bolały od szotów i koła sterowego, ale trzeba było cisnąć. Pływanie z ręki w takich warunkach to pełna koncentracja: uderzenie fali, wiatru, walka o każdy stopień kursu — no i ten nieustanny deszcz.

Pierwszy długi hals pociągnąłem w stronę brzegów Helu do momentu, gdy przywaliło 27 węzłów. Według jednego z modeli pogodowych wiatr w porywach miał osiągać nawet do 28 węzłów na środku zatoki. Liczyłem, że pod brzegiem fala będzie nieco bardziej wypłaszczona, a wiatr bardziej milusi. Złamałem się i starałem się płynąć jak najostrzej do wiatru, by uniknąć ryzykownego zbliżenia do budowy infrastruktury przy Porcie Północnym.

Ostatni zwrot wykonałem na wysokości zielonej dalby przy falochronie w Porcie Północnym. Mimo nadziei na prosty, wyciągnięty hals do samej mety, regaty do ostatniej chwili żądały maksymalnego wysiłku — halsowanie trwało aż do przekroczenia linii finiszu. Z relacji innych zawodników dowiedziałem się później, że dostali korzystną odkrętkę i szli prosto na metę. Szczęściarze!

Po przekroczeniu linii mety spłynęła wiadomość: Lara Jane wycofała się z rywalizacji. Tym samym officially wywalczyłem Line Honor — 1. miejsce na mecie w czasie rzeczywistym!

Po przeliczeniu czasów przelicznikiem ORC ostatecznie zająłem 4. miejsce. Poranna flauta na pierwszych 7 milach kosztowała mnie zbyt dużą przewagę konkurencji, której w drugiej części wyścigu – przy tak trudnych przelicznikach dla ciężkiej łodzi – nie udało się odrobić. No i ta halsówka na metę oraz dokręcanie dodatkowych kilometrów też miały swój „wkład” w wynik.

Trochę żal podium, ale przeważa ogromna satysfakcja. Szkoda jedynie, że organizatorzy przyznają tylko jedną nagrodę – za pierwsze miejsce w ORC. Ogromne gratulacje dla Czarodziejki za zwycięstwo! Przystępniejszy format z większą liczbą nagród, podziałem na grupy ORC oraz lepszą integracją zawodników z pewnością skłoniłby więcej śmiałków do prób solo i debiutu w tych kultowych regatach.

Warunki nie oszczędzały nikogo — chociaż na starcie stawiły się wszystkie jachty, z trudnej trasy po drodze wycofały się aż trzy jednostki: Lara Jane, Polled 2 oraz Janeczka 2. Ze względu na dużą zmienność wiatru oraz trudną falę, te regaty solo należały do niezwykle wymagających. Najważniejszy bilans? Brak strat w sprzęcie, zero awarii i ogromny zysk w doświadczeniu.

Dziękuję morzu za lekcję pokory i organizatorom za kolejne niezapomniane regaty! Do zobaczenia na trasie za rok!

en_GBEnglish (UK)
Powered by TranslatePress