Regaty GWG 2026 – relacja z pokładu „Alsephina”

Jeszcze łapy mnie bolą, ale chęć, żeby zapisać więcej wrażeń na potem zwycięża. Pierwsze GWG za nami. Ba! Pierwsze skończone regaty. (poprzednie pierwsze zostały przerwane)
A teraz od początku.
Tytułem wstępu załoga:
Ja – Bartek 40 lat (chciałoby się:) no dobra 53 lata. ADHD w każdej komórce ciała
Syneczek – Dominik – Facet o wielu zainteresowaniach i sporej umiejętności ogarniania różnych spraw. Nie pcha się na afisz ale wszystko zrobi dobrze.
Aneta – moja dziewczyna (i żona) 160cm szczęścia. Zawsze ma wszystko ogarnięte i uporzàdkowane.
Umówiliśmy się ostatecznie, że na GWG płyniemy kompletem we troje. Dominik na sterze, ja na żaglach, Aneta – OiZ.
Dzień wcześniej wylądowaliśmy dość późno w Jastarni tu jest nasza keja – nasze długie ogony robią swoje. Szybkie ogarnięcie drobnych zakupów, klar, paliwo itp i tak koło 2000 wyszliśmy na Gdynię. Domin raczej rzadko pcha się do steru , ale jakoś te regaty go motywują. Były fajne warunki, więc przypomnieliśmy sobie trochę kwestii komunikacyjnych i jak będzemy ustalać strategię. Było mega przyjemnie. Ciepły, wręcz letni wiatr i fajne wieczorne latanie. Lądowaliśmy w Yachtpark Marina of Gdynia ): około 23?? coś tam. Jeszcze udało się załapać na jakieś jedzenie, ale to już na bardzo ostatnią chwilę.
Nasz jacht.
Bavaria 36 Cruiser (Farr) – to Farr robi dużą różnicę. Nie obiecywałem sobie po niej za wiele ale przyjemnie mnie zaskoczyła. Po zakupie trochę ją poprzerabiałem. Wymieniłem takielunek na 10′. Zmieniłem foka na konkretną genuę. Zainstalowałem sporo różnych przydasiów.
Plan na GWG
…. był jeden – wystartować i skończyć – nic więcej. Nie to. że bez ambicji – może bardziej realistycznie. Rano poczłapałem po trackera i tak … jakoś zleciał ten dzień startu. 17:00 wychodzimy. Mało wiatru. Niech wieje i miota na wszystkie strony – miałem strategiczną nadzieję, że to trochę ograniczy używanie dużych żagli, co by nam pomogło. Ale gdzie tam. Jest lajtowo-wręcz wakacyjnie – Chorwacja nam się zrobiła a nie wyścig okupiony krwią i potem walki z żywiołem.
Starałem się w ogóle nie spinać, ale moje ADHD miało na to inny ogląd sprawy. W sumie to może pierwsze regaty, które zrobimy na morzu do końca
(Zeszłoroczną pierwszą BWZG przerwano)
Wyjście
Bujamy się w okolicy linii startu. Spokojnie, piękna pogoda, gdzie ten statek komisji, jakiego koloru są boje, skąd tu tyle Optysi?? Tak dużo pytań? Tak mało odpowiedzi? Nie, spoko kwitologia przewertowana i przynajmniej kolor boi znamy :).
Stawiamy grota. Domin idzie na ster. Pamiętam. że lubi opadać – (grot – nie Domin) na fale to wybieram na maksa na kabestanie. Sygnał dla Yardstick, silnik już wcześniej odstawiony, śruba złożona, Domin steruje na na samym grocie, Sygnał minuty do startu – tak! to chyba błędnie jak się później okaże zinterpretowałem. Ustawiamy się, przy żółtej boi- nawet dobra pozycja. Coś tam trąbi – jedziemy? nie wiem? pytam się kumpli z Rubiego – Jedziemy? – Tak – No to jedziemy… Rozwijam genuę – ruszamy z kopyta….. PRRRR na radiu – hej jakiś jacht tam falstart zrobił – bez oznaczeń na żaglu. Nie to ni może być prawda (dużo niecenzuralnych słów) – podjeżdża do nas chłopak na pontonie – a w radiu – Jacht Alsephina – macie falstart! Nieee! Z wrażenia pomyślałem, że to DSQ. Dostaję solidny ochrzan od rodzinki – no mają rację, u nas nie ma kapitanów. Gość w pontonie, mówi mi, że musimy opłynąć żółtą boję. Ok spoko. Ale i tak dzwonię na komisję regatową. Mówią, że wystarczy jak wrócimy na linię mety, Jest rozbieżność boja kontra tylko linia – w międzyczasie zrobiliśmy zwrot i wracamy na metę. Na żółtą boję wychodzi Sarmata 2. Musimy się wcisnąć i minąć lewymi, ale jak oni wyjdą za linię, bo ciasno. Luzujemy genuę, żeby zwolnić. Sarmata 2 przechodzi może nie na żyletki – powiedzmy na odległość wideł ;), a my słyszymy w radio Alsephina! możecie jechać! – Alsephina przyjęte! Jedziemy!
Dużo wbrew pozorom, nie straciliśmy, Pełna genua kurs 45°-50° Idealny dla nas! Dominik płynnie ustawia nas na kursie – celujemy prosto na obło Helu. Domykam trymfał w autorskim systemie regulacji genuy – dwa ringi. W zapasie wysokości mamy tyle, że jak będzie trzeba to się podostrzy, a pełniejszy kurs, to większa prędkość. Naprawdę fajnie idzie. Mijamy dość bezceremonialnie parę łódek, z ktorymi możemy realnie rywalizować. Wiadome jest, że ci regatowi odlecą od razu. Ale ogólnie nie jest tak źle. Mijamy statek na redzie. Bierzemy go od zawietrznej. Dominik koryguje kurs, tak, żeby nie wejść w cień wiatrowy. Do Helu idziemy jak po sznurku i całkiem szybko. Kolejny punkt zwrotny – piekiełko helskie. Okazuje się, że malutka fala, prądów żadnych. przelatujemy je nie wiedząc kiedy. Za Helem robimy szybką naradę. Stawiamy genakera. No ok, ale jak to zrobić, żeby nie tracić prędkości po zrolowaniu genuy. Nie robiłem tego wcześniej na dwóch przednich żaglch na raz, ale od tego są regaty. Miałem torbę przygotowaną, rogi genakera zapięte. Postanawiam postawić go za genuą, a potem ją zwinąć, jak gienek zapali. Gienka stawiam z fału do knagi masztowej, normalnie powinienem wybrac fał z kokpitu, ale tak łatwiej. wszystko jest blisko. Code 0 już wymaga napięcia liku z kabestanu. Wybieram trochę brasa, tak. żeby się nie pultał. w. wodzie, ale też żeby od razu nie zapalił, bo z fałem pojadę na maszt 🙂 .Stoi! Genua precz! Ok mamy trochę mocy. Wiatr przygasa. przydałoby się więcej. Robi się ciemno… ale w sumie to jasno. Łuna światła znad Trójmiasta z łatwością przebija za półwysep Helski. Magia! Jest tak pięknie, że szkoda gadać.
Wiatr się zmienia tak około Kuźnicy. Niektóre jachty idą dale od brzeguj, my decydujemy się skracać odległości, z nadzieją, że przed Władkiem przywieje. Robi się kurs do wiatru 50° – genaker głupieje, w dodatku wiatr kręci tracimy. Dominik – Tata! musimy go zrzucić! Ok – idę na dziób. Co teraz? Najpierw muszę rozwinąć genuę, bo jak ja z nim się tu będę mocować, to Dominik straci prędkość. Stawiamy genuę z gienkiem na raz. Fajne! Wszystko się udaje. Ok zrzucamy gienka. Luzuję brasy, fał i gienek idzie do torby. Jak go się puści luzem na wiatr to bardzo łatwo go zgasić jednoosobowo łapiąc róg halsowy i przeciągając, przez kosz dziobowy, który działa jak skarpeta. Na genuę wiatr okazuje się być za mały, słabo idzie. Trochę się zmęczyłem. może tego Code 0?. Czy te kąty wiatru się utrzymają? – a to jednak parę minut przezbrajania. Dzwoni kumpel Paweł. Konsultacja – przekonuje mnie natychmiastowo do Code 0, Stawiam go już nawet bez czołówki po ciemku, właściwie wszystko dokładnie widać. Code robi kolosalną różnicę. Zaczyna się w końcu lot. Nasz błąd, że długo myśleliśmy – dzięki Paweł za kopa w rufę!
Anecia robi nam szybkie pierogi – @#$ gaz się skończył. Kurczę – możemy ugotować je na przetwornicy, ale czy starczy prądu na dalszą część regat. Pierogi muszą być, bo bez reszty to damy radę a jak morale siądzie to d…(rufa!). Spada nam 8%. Znośnie. Wcinamy pierogi z cebulką.
Wiatr trochę rośnie i wjeżdżamy na 35° Czy Code da radę, trochę może być za ostro. Dociągam na kabestanie LP żagla na maksa. zbieram go wręcz nienaturalnie, chodzi głównie, żeby pochylić lajbę, Domin krzyczy, że opory na sterze. Do WŁA jakieś 4Nm – a my musimy na punkt. Tu nie będę się zachwycał jako ojciec, ale Domin ma naprawdę dobrą koordynację – musi trafić, bo jak spadniemy z wysokości to będziemy musieli robić halsa. Ustawia nas na punkt. Idą spore szkwały jak na naszą konfigurację. 35° 13-14kn. Postanawiamy zluzowywać grota na szkwałach, żeby trochę zasłonić Code’a i przy okazji zredukować przechył. No trudno. Zostało 2Nm do WŁA. Ustalamy, że jak odległość zejdzie do 0,4Nm to rolujemy Code’a ale zostajemy na genui. Przywiewa mocniej. Domin sygnalizuje. Tata! mamy 0,4 mili do WŁA. Zaczynam rolować, żagiel. W tym wietrze i kursie nie jest to takie łatwe. Duże ryzyko zrobienia się cukierka. Zanim zorientowałem się, i zrolowałem do końca Code’a, Domin krzyczy, jesteśmy na pławie! Patrzę, a my tak dwie długości łódki od znaku. Wyraz paszczy bezcenny – powinien pójść na reklamę chrupek. W tym momencie wychyla się z prawej burty SunLoox. Domin wyczuł temat wcześniej i sprytnie blokuje dostęp do znaku wchodząc pierwszy. Ja w międzyczasie stoję w rozkroku bez genui i bez Code’a. Spada nam prędkość. Ale nic to – wierzymy w inercję….
Ostatkiem inercji odkładamy się za znakiem.Tu było na odległość pół wideł. To co teraz? Wiatr 60°. Wracamy z Code na maszt. Zaczyna się zabawa z Sunloox. Raz my ich, raz o i nas.. Tak idziemy jakiś czas i odchodzą nam. Trochę to dziwne dla mnie było, bo mocno luźnym foku wzięli nas z pracującym Code. Wiatr siada i zmienia kierunek na 120° względem naszego kursu. Code już tu nie podziała. Znowu podmiana. Kuźnica. Wiatr siada trgicznie. 2,5-4kn. Stawiamy gienka. On idzie na granicy swoich możliwości – jednak trochę wiatru jest potrzebne. Trochę tracimy. Bierze nas Busy Lizzy. To był najgorszy odcinek. Mijamy kilka jachtów idących na WŁA. Odsłania się piękne niebo. Sporo meteorów. Chmury zeszły to siadło. Kilka jachtów przed nami załapało się jeszcze na pociąg z ostatniej chmury.
Mijamy Jastarnię. Wchodzimy na kosę, zaczyna świtać. Kierunek wiatru zmienia się poza możliwości genakera. Wrzucamy genuę. Jakoś idzie, może trochę słabo. Znowu Code. Już lepiej. Trochę się rozwiewa. Piekiełko helskie znowu przechodzimy bez różnic gps-log. Chociaż to. Zza półwyspu otwiera się okno wiatrowe. Mamy w pysk do Gdyni. Code nas spycha z halsu. Za duży. Idziemy prawie 30° Robimy dwa halsy i ustalamy strategię na podejście. Wytyczamy linię do celu na ploterze i podchodzimy do halsówki. Code idzie do wora. Na wysokości kardynałki helskiej stawiamy zarefowaną genuę na krótkiej parze szotów. One dadzą stopnie do halsu. To ma sens, jeżeli powieje. Wtedy zyskujemy kursowo dobre 7° pozornego. Na szczęście pojawiają się 14stki w szkwałach. Trymujemy się na żyletę. prędkość 5,6kn do 6,4kn ale kursowo nieźle. Ustalamy 'wycinankę’ na 10 minutowe symetryczne halsy względem diametralnej kursu do celu. Ciężko ale idziemy. To już gra na wytrwanie. Zmieniam Domina na kilka halsów – ręce mu siadają. Wiatr trochę się zmienia. Lewy hals robi się zarabiający a prawym oddajemy wysokość. To dobry moment na przejście podejściówki. Zgłaszamy komisji godzinę do mety. Za podejściowką wiatr trochę się z zmienia bardziej na W. Zarabiamy prawym halsem. Pojawia się wątpliwość – może trzeba było szerzej iść pod Gdańsk? Ok później. Lokalizujemy Gs. Już ją widać. Przed nami idzie Tornado. Jeszcze dwa halsy. Z lewej burty idą dwa jachty. Ustawiamy się na ostatni hals. Zgłaszmy metę do komisji Trąbka. Domin kończy swoje pierwsze regaty na morzu. Ja też. Wjeżdżamy przed IRS Challenerem. Jest 1000% radochy. Oczywiście jest sporo spraw do omówienia i poprawienia. ale nie spinając się jesteśmy bardzo zadowoleni, że udało się dojechać…. to wszystko ręce muszą odpocząć…

Previous Post
